15 stycznia, 1942
Dziennik Radomski, 1942 nr 11, Radomska Biblioteka Cyfrowa
Radom, 14 stycznia. Radomianie należą do ludzi nie lubiących chodzić pieszo, to też przy każdej sposobności , korzystają z uniwersalnego środka lokomocji jakim jest dorożka. Wobec przybrania przez ulice zimowej szaty, radomscy „mistrzowie bata” zamienili powozy na praktyczniejsze sanki. Pogodnego popołudnia siadamy w sanki i z pobrzękiem dzwonków wybieramy się na przedmieście, aby na po drodze uciąć sobie mały „wywiadzik”.
Dorożkarz nie narzeka, klientów ma wielu! Największy procent to pasażerowie którym się spieszy. Nie mogą korzystać z dorożek posiadacze wielkich bagaży. Wolno przewozić bowiem dorożka jednie bagaż ręczny. Dużym plusem jest znikniecie konkurencji żydowskiej zamkniętej obecnie w dzielnicy. A teraz sprawa najważniejsza i dla dorożkarza pewnie najdrażliwsza.
– Jak jest z cenami?
– Jak się trafi na człowieka – odpowiada szczerze dorożkarz – Jeżeli kto ma wygląd „gościa z forsą” liczy mu sią więcej za kurs. Zwłaszcza wieczorami podnosimy taksę kilkakrotnie, gdyż ciemno, ślisko może spowodować upadek konia i straty.
Ze swej strony musimy ostrzec dorożkarzy, że takie samowolne podwyższanie taksy jest karalne. Trzeba jeździć według urzędowej taryfy. Do mniej przyjemnych stron zawodu należy wożenie pijanych awanturników często odmawiających zapłaty. Trzeba wtedy zwrócić się o pomoc do policjanta, ale wtedy trzeba żądać cenę urzędowa, a to zbytnio nie cieszy naszych „komunikacyjnych paskarzy”. Na zakończenie pogawędki dorożkarz mówi, że są oni wdzięczni władzom za przydziały owsa po cenach urzędowych. Kurs skończony, wywiad też, dorożkarz uwozi nowego pasażera.
Saneczki dzwonią dzyń.. dzyń… dzyń…
- 2025. All Rights Reserved