Wacek handluje

21 maja, 1960

Życie Radomskie 1960 nr 121

W Radomiu, niestety, istnieją domy rozpusty, będące przedmiotem niekończącego się dochodzenia milicyjnego. Oto np. przy ul. Szewskiej, w brudnej, cuchnącej klitce wegetuje 23-letnia kobieta (9 klas szkoły ogólnokształcącej) z 10-miesięcznym dzieckiem. Panem i władcą jej jest niejaki Wacek – kawaler, nigdzie nie pracujący, nałogowy podobno alkoholik, pierwszej marki chuligan i sutener. Spotkać go można najczęściej przy żelaznej barierze vis a vis więzienia. W tym ostatnim – jak sam twierdzi – ma odsiadywać aż dwa wyroki.
– Z czego się pani utrzymuje? – pyta reporter lokatorkę Wacka.
– Coś pan taki ciemniak?! – śmieje się sztucznie.

Jej „narzeczony” Wacek, jak ustaliła milicja, sprowadza w nocy swoich koleżków, przeważnie żonatych, każę im od razu płacić za światło, opał i za „Dukaty”, którymi częstuje – po czym, jak przystało na dyskretnego „agenta” wychodzi na papierosa. W międzyczasie klienci „bawią” się w tzw. miłość wedle handlowej zasady: płacę i wymagam. Jeśli dziewczyna odmówi któremuś z nich, wówczas interweniuje Wacuś biciem po twarzy.
– Czy pani się nie boi zajść w ciążę? – pytamy z zażenowaniem.
– Wszystko mi jedno – odpowiada desperacko.

Teraz Wacek, który przez cały czas rozmowy mierzył nas okiem wilka, wygłasza swoją złotą maksymę życiową – chyba obecnym ku przestrodze: – dla mnie złamać komuś nogę, to tyle co fi…

Bardzo źle, że Komenda Miej ska MO znając stosunek Wacka do swej lokatorki, do tej pory nie zainteresowała prokuratora jego osobą. 10 bm. wieczorem zastaliśmy tam jednego z pracowników RWP. Żonaty. Następny klient oczekiwał na dworze.

Powiązane wycinki prasowe

- 2025. All Rights Reserved