Uciekłem z transportu do Treblinki

14 sierpnia, 1990

Tygodnik Radomski, 14.08.1990 r., Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu, Radomska Biblioteka Cyfrowa

Nosen Berkowicz

16 i 17 sierpnia 1942 roku wysiedlono z getta radomskiego około 20 000 Żydów, których wywieziono do obozu zagłady w Treblince. Z całego transportu uratował się tylko NOSEN BERKOWICZ. Jego relację z wysiedlenia, transportu, ucieczki i powrotu do Radomia zamieszczono w wydanej w Tel Awiwie w 1961 roku „Sefer Radom” („Księdze Radomia”). Tłumaczył z jidysz JÓZEF PINKIERT, opracował i przygotował do druku STANISŁAW ZIELIŃSKI.

„(…) 17 sierpnia wzięto nas z „organizacji pracy” i odprowadzono no punkt zborny na ulicy Grodzkiej. Okazaliśmy nasze „karty meldunkowe”, ale odesłano nas no ulicę Piekło (obecnie W. Przyborowskiego), gdzie znajdowali się przeznaczeni do wysiedlenia. Staliśmy tam od północy do trzeciej nad ranem. Wówczas rozpoczęła się nasza droga do wagonów kolejowych. Przez całą drogę Niemcy i Ukraińcy strzelali bez ustanku. Bałem się spojrzeć za siebie i nie widziałem co się dzieje za mną. Słyszałem tylko strzały i krzyki. W ten sposób doszliśmy do bocznego toru przy fabryce tytoniowej na ulicy Marywilskiej (obecnie Tytoniowej – przyp. red.) . Kiedyśmy już stoli obok wagonów odebrano nom tobołki i odzież zimową. I kazano też wyzuć buty z cholewami. Przy tym SS-mani I Ukraińcy straszliwie bili kijami i kolbami karabinów. Wszyscy zmuszeni byliśmy przejść przez szpaler, gdzie z obydwu stron stali mordercy.
Na placu było tysiące SS-manów i Ukraińców z oddziału Kopkego. Stali tam główni dowódcy radomskiej SS: Betcher, Blum i Kopko ( później poznałem Ich, kiedy u nich pracowałem), oni to wydali rozkaz i kazali jeszcze mocniej bić, aby „wprowadzić do wagonów już umarłych”. „Bić do śmierci!” i „Wszystko im zabrać” – krzyczeli.

Załadunek do wagonów odbywał się w taki sposób, otworzono tylko jeden wagon i zaczęto bić, że każdy chciał czym prędzej znaleźć się w wagonie, oby uniknąć razów. Zaczął się ścisk i paniczny bieg do wagonów. Z obydwu stron stali SS-Mani i Ukraińcy, którzy bez ustanku bili. Deska, która leżało jako mostek prowadzący do wagonu, zrobiła się mokro od krwi I ludzie przewracali się. Do wagonu wtłoczono około 200 osób, tak że nie było miejsca gdzie stać. Na zewnątrz było tok strasznie, że powiedzieliśmy: „Dzięki Bogu, że jesteśmy już w wagonie”. Myśleliśmy potem, że wiozą nas do obozu pracy. Z okienko wagonu widzieliśmy straszliwe sceny no placu. Kiedy jeden wagon się zapełnił, Niemcy otworzyli następny wagon i znów zaczęli strasznie bić. Widziałem jak stawiali kobiety z dziećmi na ręku i bili je kolbami karabinów w piersi. Tłukli butelki z wodą, które matki wzięły ze sobą na drogę do gaszenia pragnienia swoich dzieci. A kiedy pociąg ruszył z miejsca, zobaczyliśmy w jakiej znajdujemy się sytuacji. Nie było wody do picia i powietrza do oddychania. Wielu tego nie przetrzymało i po prostu udusiło się. Już następnego dnia zginęła w ten sposób większość. Zostali przy życiu ci, którzy stoli bliżej okienka – nie więcej niż 20 osób w naszym wagonie.

Po dwóch dobach jazdy pociąg stanął na kilka godzin. To już było, jak się później dowiedziałem, niedaleko Treblinki. Kiedy pociąg ruszył ponownie, poczułem, że brak mi powietrza do oddychania i dłużej tego nie wytrzymam. Postanowiłem za każdą cenę uciec. Wieczorem udało mi się przecisnąć przez zadrutowane okienko i wyskoczyć z pędzącego pociągu. W tym miejscu akurat był las, do którego wbiegłem. Szedłem całą dobę szukając wody dla ugaszenia straszliwego pragnienia. Zamiast czystych źródeł napotkałem błotniste sadzawki, z których piłem. Spotkałem również chłopa, który dał mi kawałek chleba. Wkrótce przybyłem do Kosowa Lackiego, 8 km od Treblinki. Byli tam Żydzi. Pracowali przy budowie jednego z dęblińskich obozów i już wiedzieli, że tam mordują przywożonych Żydów. W Kosowie widziałem tylko starsze osoby. Choć Niemcy kosowskim Żydom dali spokój, cała młodzież ociekła do losu. W Kosowie spotkałem też wielu Żydów, którzy uciekli z wagonów i z treblińskiej grupy Było około 10 kieleckich Żydów, około 2 warszawskich i dwóch radomskich. Jeden był synem, zdaje się, felczera z Glinie i nazywał się Banker, drugim był Zygman, młodszy syn Gabriela Zygmana ze sklepu konfekcyjnego. Razem było około 50 uciekinierów żydowskich. Tu przebrałem się za chłopa, utleniłem włosy i udałem się do Radomia. Kiedy przybyłem do Radomia, gdzie żydzi byli w tzw. małym getcie nikt nie chciał uwierzyć, że radomscy Żydzi uprowadzeni zostali na śmierć do Treblinki, gdzie zostali spaleni. Nawet mój własny ojciec nie wierzył mi. Kiedy przyszedłem do Postmana – Prezesa Rady Żydowskiej i opowiedziałem wszystko, co widziałem i przeżyłem, wówczas wykrzyknął: Ty smarkaczu! Nie opowiadaj głupstw! I wyrzucił mnie z pokoju.

Powiązane wycinki prasowe

- 2025. All Rights Reserved